Zakwaterowanie

Dariusz Góźdź, Marek Mazgaj
Pierwsze spotkanie z rodziną, u której mieszkamy nastąpiło 5 stycznia o około 1:30 na lotnisku w Cork. Mieszkamy w dużym domu, na osiedlu Togher, na południu od centrum Cork. Trafiliśmy na bardzo miłą i gościnną rodzinkę. Mieszkamy razem z panią Marią i panem Pat’em oraz ich dwójką nastoletnich dzieci: Jamie i Mary (mają po 19 lat). Razem z nami mieszka również ich ukochany pies, którego mają już od ponad 10 lat, Cara – co po irlandzku oznacza przyjaciel.
Rankiem po przylocie wręczyliśmy im prezent z Polski, z którego byli bardzo zadowoleni. Po przyjeździe zostaliśmy zapoznani ze znajdującymi się pomieszczeniami w  domu. Następnego dnia po przylocie na zieloną wyspę zostaliśmy zapoznani z miastem, znajdującymi się tam sklepami, z naszymi miejscami pracy i wszystkimi innymi miejscami, które nam się mogą przydać. Dostaliśmy również hasło do Internetu, klucze do domu i kod do alarmu. Panuje bardzo przyjemna, miła i ciepła atmosfera. Na brak posiłków nie mogliśmy narzekać. Wszystko, co dostawaliśmy do zjedzenia było bardzo smaczne i sycące. Na śniadanie jemy przeważnie tosty z irlandzkim serem lub płatki z mlekiem. Z kolei na obiad dostajemy rarytasy prawdziwe przysmaki, od tutejszych dań po dobrze nam znane potrawy. A po obiedzie znajdzie się również miejsce na pyszny deser – oczywiście na słodko. Państwo Murphy, tak mają na nazwisko, są bardzo mili i nie mamy problemów z dogadaniem się z nimi. Jedną małą wadą jest fakt, że w domu jest troszkę zimno. Do centrum miasta mamy około 20 minut pieszo i 15 minut autobusem, więc nie mamy problemu z dojazdem gdziekolwiek. W razie potrzeby zawsze możemy poprosić o podwózkę, bo i z tym nie ma problemu. Wchodząc do autobusu wszyscy się witają z kierowcą, a na do widzenia żegnają się.
Bardzo cieszymy się, że trafiliśmy na tak miłą i sympatyczną rodzinę. Ludzie w Irlandii są ogólnie sympatyczni i bardzo uprzejmi. A ponadto można tu spotkać sporo rodaków z naszego pięknego kraju.
 
Mariusz Kaczmarczyk, Maciej Niewiadomski
Mieszkamy na osiedlu Green Hills w Cork, jest to bardzo przyjemna okolica pełna zieleni I domków jednorodzinnych, z pozoru wyglądających tak samo. Mieszkamy u rodziny O Connell, na której czele stoi Eileen O Connell i jej brat Martin O Sullivan. Mieszka tutaj też córka Eileen, Martina O Connel i jej chłopak Chris Corcoran. Królem domu jest strachliwy Boots, mieszanka korgiego i cziłały, którego zaufanie zdobyliśmy dopiero po tygodniu dokarmiania go przy obiedzie, natomiast podwórka pilnuje Snapper, spory i smukły pies, którego rasy nie poznaliśmy. Panuje tutaj silna rodzinna więź, mimo iż każdy ma swoje zajęcia, różnie spędza czas i wraca do domu o różnych porach. Ja mieszkam na pierwszym piętrze tuż na wprost schodów, drzwi z mojego pokoju są odrobinę za duże i każde otwieranie czy zamykanie wymaga użycia sporej siły, natomiast Mariusz ma dla siebie cały strych piętro wyżej. Poza drzwiami, ciągłym chłodem i jedną łazienką dla całego domu, nie mamy najmniejszych zarzutów co do mieszkania. Dzień zaczyna się około 8 rano, kiedy każdy sam przygotowuje sobie śniadanie, najczęściej płatki z mlekiem bądź tosty, każdy też szykuje sobie drugie śniadanie, składające się najczęściej z kanapki, owocu i wafelka czekoladowego, po czym wyrusza do pracy na 9 lub 9:30. Obiad podawany jest najczęściej między 18 a 19, zawsze są to domowe posiłki przygotowywane przez pierwszego domownika, który wróci, bo cała rodzina to świetni kucharze. Wieczory są spędzane w pokoju gościnnym przy kominku, gdzie wszyscy oglądają telewizję, czasami z przekąskami typu chipsy albo lody. Okolica jest tak spokojna, że niektóre psy nie są wyprowadzane, tylko wypuszczane z domu, załatwiają swoje sprawy i same wracają po kilku, lub kilkunastu minutach. Irlandczycy są bardzo przyjaźni, a jeśli ktoś by chciał na chwilę porozmawiać po polsku, to nietrudno znaleźć tu rodaków, w samym Green Hills jest kilka polskich rodzin, które zdarzało mi się mijać w drodze do pracy. Podsumowując, jeśli poradzicie sobie z mrozem, polecam tą okolicę jako wspaniałe miejsce do zamieszkania.
 
Bartosz Krawczyk, Kamil Skop
Okolica: Mieszkamy w dzielnicy Togher. Jest to bardzo przyjazna okolica pełna rodzin z dziećmi, co można zaobserwować wyglądając przez okno. Ludzie dookoła są bardzo mili i zawsze służą pomocą. Jakieś 200 metrów od naszego domku znajduje się przystanek autobusowy, z którego można bezpośrednio dojechać do centrum miasta jak i pod szkołę językową. Na osiedlu znajduje się jeden sklep off-license, serwujący również ciepłe posiłki do ok. godziny 15.
Mieszkanie: Zostaliśmy zakwaterowani w domku na ulicy Greenwood 55. My mieszkamy na drugim piętrze w skromnym pokoju z łazienką. Posiadamy do dyspozycji własną lodówkę, telewizor, komodę, mini biurko, wieszak na ubrania i przejściówkę. W pokoju są 3 łóżka. Po ok. 2 tygodniach dostaliśmy do dyspozycji xboxa.
Rodzina: Stałe 3 osoby, pani domu - Ber, 20letni syn - Stephen, oraz 30 letni Craig. Kilka razy w tygodniu w domu znajdują się dzieci (2) Craiga, poniżej 1 roku.
Pranie: Pranie robi Pani domu, co piątek. Posiadamy do dyspozycji kosz na brudną bieliznę.
Jedzenie: Dwa posiłki dziennie. Śniadanie, standardowe, mleko, płatki, chleb, różnego rodzaju konfitury. Jemy je sami. Na launch dostajemy kanpaki z dodatkami typu; chipsy, owoc, batonik. Obiad w okolicy godziny 18:00, zasadniczo z mikrofalówki.
Kuchnia: Mamy zakaz używania sprzętów w kuchni. Nie mamy dostępu nawet do mikrofalówki czy do czajnika, jeżeli chcemy zrobić sobie herbatę, musimy poprosić panią domu, która często jest nieobecna.
Internet: Mamy dostęp do wifi, jest one nie najlepszej jakości, ciężko cokolwiek pobrać.
Atmosfera: Rodzinka dość miła, aczkolwiek często nieobecna. Rzadko da się nawiązać konwersację, da się porozmawiać głównie przy obiadokolacji.
Dodatkowe informacje: Każdy z nas posiada własny klucz. W domu panuje pełny zakaz picia i palenia. Prysznic tylko w godzinach 7PM – 10PM.
Własne zdanie:
Kamil: Rodzina nie jest zła. Przeszkadzają tu jednak zakazy korzystania z prysznica rano, brak dostępu do czajnika, mikrofalówki czy różnych tego typu rzeczy, które jednak się przydają.
Bartek: Rodzinka nie jest zła, aczkolwiek mogło być o wiele lepiej. Wysłuchując opowiadań innych osób, trafiliśmy „najgorzej”. Nie mam ochoty na zmianę rodziny na tym etapie, aczkolwiek nie polecałbym tej rodziny dla przyszłych grup. Czuję się trochę jak małe dziecko, jedyni mamy regulamin w pokoju, oraz nie możemy używać nawet czajnika, bo „Ber jest za nas odpowiedzialna jak coś nam się stanie”.
 
Daniel Leksy, Rafał Wołowski
Razem z Rafałem mieszkamy w Cobh, a dokładnie dzielnicy Rushbrooke. Mieszkamy w jednym pokoju, z naszego okna rozpościera się widok na port, w którym codziennie obserwujemy stale napływające statki. Nie wszyscy wiedzą, ale Cobh miało kiedyś strategiczne znaczenie dla handlu i działań wojennych, t o stąd wypłynął Titanic w swoją ostatnią podróż. Atrakcyjność tego miejsca powoduje, że odwiedza to miejsce wielu turystów z całego świata.
Budynek, w którym mieszkamy jest zlepkiem czterech jednorodzinnych domków, gdzie każdy z nich posiada trzy piętra. Dodatkowo tuż za naszym miejscem zamieszkania znajduje się swego rodzaju wybieg, po którym z radością biegają pies Rubben i kotek o nieznanym nam imieniu. Gości nas przemiłe małżeństwo De Barra, pan Cormac i pani Mary, wraz z dwiema córkami, Vincentią i Olivią, które są w podobnym do nas wieku. Codziennie dostajemy lunch oraz obiadokolacje, a śniadania przygotowujemy sobie sami , najczęściej są to tosty lub płatki z mlekiem. Do stacji Cork mamy 30 minut pociągiem , ale podróż umila nam darmowe wi-fi. Później do centrum Cork idziemy około 20 minut i podziwiamy rzekę Lee, tutejsze widoki oraz miejscowe dziewczyny :) Gdyby nie brak rodziny i znajomych oraz szkoła chętnie byśmy zostali tu na dłużej.
 
Patryk Marchwacz, Dawid Tobor
Nasze miejsce zakwaterowania to Glenview Park 3 w Cork. Ulica ta znajduje się na północy Cork obok skrzyżowania nazywanego Dillons Cross. Dojechać w to miejsce można z centrum Cork (z ulicy St. Patric Street) autobusami (około 12 minut) linii numer 207, 208 i 208A lub taksówką (około 7€ za przejazd z centrum). Alternatywnym wyjściem jest spacer (około 20 minut umiarkowanym tempem). Dillons Cross, a zatem i nasz dom, umiejscowiony jest na wzgórzu, dlatego idąc rano do pracy widok z tego wzgórza jest bardzo malowniczy. Nasz dom nie wyróżnia się zbytnio od domów w tej okolicy - z przodu podjazd dla samochodu, a za domem mały ogródek. Naszą rodziną goszczącą jest rodzina Dunne, a na czele tej rodziny jest pani Irene. To właśnie ona zajmuje się sprawami domowymi, takimi jak gotowanie, sprzątanie i tym podobne. Dania, jakie pani Irene gotuje to w większości dania domowe (np. mięso wieprzowe, ziemniaki, fasolka oraz sos), aczkolwiek czasami są to szybkie dania (np. frytki i kurczak). Razem z panią Irene mieszka tutaj także jej córka oraz jej pies, który jest rasy mieszanej. Nasz pokój jest usytuowany na pierwszym piętrze. Mieszkamy w nim razem. Pokój jest dosyć duży, a oprócz łóżek znajduje się w nim szafa, biurko oraz stolik nocny. Do pracy wstajemy o godzinie 8:10, ponieważ pracę zaczynamy o godzinie 10:00. W czasie, kiedy my jemy śniadanie, to pani Irene przygotowuje nam drugie śniadanie do pracy - jakiś owoc (przeważnie banan lub jabłko), kanapki (najczęściej ser, szynka, sałata i majonez) oraz czekoladowy batonik. Jeden z nas wychodzi z domu o godzinie 9:20, ponieważ pracuje on na południu Cork w firmie Horner APG, a drugi z nas wychodzi z domu o godzinie 9:45, ponieważ jego miejsce praktyk zawodowych, zakład David Kelleher Motors, jest oddalony o około 8 min. pieszo od naszego domu. Obiadokolację mamy o godzinie 19:00 lub 18:00. Jesteśmy bardzo zadowoleni z naszego miejsca zakwaterowania, ponieważ odległość od centrum jest stosunkowo niewielka, a nasza rodzina goszcząca jest bardzo miła i przyjacielska, a jakiekolwiek problemy są rozwiązywane w mgnieniu oka.
 
Łukasz Markusik, Szymon Pos
Żyje się nam bardzo dobrze i przyjemnie w dwupiętrowym domu „Colwyn” położonym w zacisznej okolicy Bishopstown przy ulicy Ashgrove Park.
Goszczą nas przemili ludzie, Aidan i Helen Archer wraz ze swoją córką Sally. Nie dostrzegliśmy tu jednak śladów istnienia innych istot żywych, oprócz kilku zdrowo rozwijających się roślinek.
Żywią nas tu przyzwoicie, a każdy następny posiłek jest nową kulinarną przygodą dla naszych podniebień. Możemy z całą pewnością stwierdzić, iż jedzenie tu jest o wiele lepsze niż w Polsce.
Każdy z nas ma osobny dwuosobowy pokój na pierwszym piętrze z pełnym wyposażeniem. Posiadamy także prywatną łazienkę i ubikację. Dom jest wyposażony w zdobycze nowoczesnej technologii z branży AGD i RTV, więc większość prac domowych wykonują za nas maszyny. W całym domu jest dostęp do bezprzewodowego Internetu poprzez domową sieć Wi-Fi.
Nasz dzień zaczynamy od dość chłodnej pobudki, gdyż w domu ogrzewanie działa popołudniami. W kuchni zawsze czeka na nas stół z całą zastawą. Każdy przychodzi do kuchni i robi sobie co chce do jedzenia. Przeważnie są to jednak płatki śniadaniowe, bądź tosty z jajkiem lub dżemem.
Po śniadaniu idziemy do pracy zabierając wcześniej przygotowany przez gospodynię lunch. Pracujemy przeważnie do godziny 17. Do godz. 18 wszyscy już są w domu gdzie czeka na każdego obiad. Po obiedzie mamy czas wolny lub idziemy na lekcje angielskiego.
Stwierdzamy, że gdybyśmy mogli, to byśmy tu zostali. Mili ludzie, wspaniałe jedzenie i o wiele cieplejszy klimat niż w Polsce sprawiają, że nie chce się stąd wyjeżdżać. Brak zarobków i ograniczony budżet zmuszają nas jednak do powrotu do kraju przodków.
 
Małgorzata Strzoda
Mieszkam w bardzo przytulnym miejscu niedaleko South Douglas Road. Do domku jednorodzinnego przyjęła mnie bardzo uprzejma kobieta o imieniu Ursula. Mieszka ona z psem o imieniu Coco w bardzo cichej i spokojnej dzielnicy. Od razu po powrocie z lotniska, wręczyłam gospodyni upominek z polskimi specjałami. Następnie Ursula pokazała mi każdą najmniejszą część domku, gdzie mogę się czuć jak u siebie. Dzień po moim przyjeździe, do grona domowników dołączyła 17-sto letnia uczennica tutejszej szkoły, hiszpanka Maria. W takim oto gronie zasiadamy do wspólnego stołu, gdzie tematy nigdy się nie urywają. Komunikacja jest łatwiejsza niż myślałam. Na brak jedzenia również nie mogę narzekać. Na śniadania zazwyczaj jemy płatki z mlekiem lub tosty z serem i szynką. Natomiast obiady nigdy się nie powtarzają. Codziennie Ursula gotuje coś nowego, czego nie próbowałam. Zaskakuje mnie ona swoimi umiejętnościami kulinarnymi. W każdym momencie mogę się częstować stertą owoców, która znajduje się w jadalni. Z miejsca zakwaterowania mam zaledwie 15 min spacerkiem do zakładu pracy. Są to 3 przystanki tutejszym autobusem 206. Natomiast droga do samego centrum Cork nie jest czasowo dłuższa niż 15 min komunikacją miejską.
 
Artur Warzecha, Damian Zembrzuski
Mieszkamy w południowej części miasta Cork, która cechuje się charakterystycznymi dla tego kraju osiedlami domków, które są zamieszkiwane przez bardzo miłych i przyjaznych ludzi. Naszym nowym miejscem zamieszkania na okres trwania praktyk został bardzo przytulny dom, w którym po schodach na poddasze prowadzi czerwony dywan. Właścicielami, a zarazem naszymi irlandzkimi ”rodzicami” zostało małżeństwo Collins, a dokładniej Stella i James. James to bardzo miły pracownik poczty, który porusza z nami sportowe tematy przy kolacji i jeździ do pracy na skuterze. Stella natomiast dba o nasze bezpieczeństwo i o nasze puste brzuchy gotując pyszne obiady. Stara się również sprawić, by ten wyjazd na praktyki był przez nas bardzo miło wspominany. Prowadzi z nami konwersacje na każdy temat, o wszystkim i o niczym. Lubi czasem z nami pożartować i zawsze podkreśla to słowami „only joking”. Są oni szczęśliwymi rodzicami dwójki dorosłych dzieci, którzy pracują w irlandzkiej policji. Mieliśmy okazję poznać wyłącznie ich córkę, która ma na imię Kyra. Tymczasowo mieszka z nami i pomaga mamie w obowiązkach domowych. Jest ona bardzo miłą i uprzejma kobietą o zjawiskowej urodzie. Zawsze możemy liczyć na jej pomoc i możemy poruszyć z nią tematy dotyczące Polski, gdyż będąc na wakacjach odwiedziła Kraków. Natomiast syna państwa Collins nie poznaliśmy osobiście, natomiast doszły nas wieści o jego zaręczynach. Postanowił się on oświadczyć w wigilię bożego narodzenia. Są to bardzo mili ludzie i cieszymy się, że mogliśmy ich poznać. Dom w którym mieszkamy jest bardzo duży i przytulny. Na parterze znajduje się kuchnia z pełną lodówką, salon z kominkiem i gitarą, na której w wolnych chwilach gra James. Na parterze możemy znaleźć również sypialnie gospodarzy połączoną z łazienką. My natomiast mieszkamy na poddaszu w pokoju z oknem dachowym i posiadamy własną stylową różową łazienką. Obok naszych drzwi, od niespełna tygodnia w osobnym pokoju mieszka Eduardo, który pochodzi z Brazylii. Przyjechał on tutaj do szkoły na okres sześciu miesięcy i szybko nawiązaliśmy z nim znajomość. Spotkało nas wielkie szczęście, że mogliśmy poznać takich ludzi i spędzić z nimi miesiąc czasu na rozmowach i poznawaniu kultury.